Stara prawda mówi, że każda kolejna część kinowego hitu jest słabsza od poprzedniej. Nie pamiętam wprawdzie Izby Poselskiej I kadencji, ale jestem w Królestwie Dreamlandu na tyle długo by obserwować kadencje od czwartej aż do ostatniej – dziesiątej – i stwierdzić z przykrością iż reguła przywołana w zdaniu poprzednim ma zastosowanie również do naszej rzeczywistości politycznej. Przypomniałem sobie o tym wczoraj wieczorem , kiedy Komisja Wyborcza Królestwa obwieściła wyniki wyborów do Izby Poselskiej XI kadencji. Jedenastej. Mój Boże.
Lektura obwieszczonego przez Przewodniczącego KWK dokumentu, tradycyjnie najeżonego cyferkami, procentami i statystykami, nie pozwala jednak z chłodnym spokojem w sercu stwierdzić “będzie jeszcze gorzej” i urżnąć się w trupa. Owszem, pojawiają się akcenty potwierdzające przeczucie nadchodzącej katastrofy: bez mała połowa składu Izby Poselskiej to osoby cieszące się minimalnym poparciem zaledwie trzech osób w całym Królestwie Dreamlandu, a wśród nich znajduje się nawet osoba skazana na banicję za zamach na działalność konstytucyjnych organów Królestwa Dreamlandu (tyle, że wyrok się jeszcze nie uprawomocnił). Swoją obecnością lokale wyborcze zaszczyciło zaledwie 38 obywateli, co znaczy, że wciąż sobie systematycznie wymieramy, choć nie śpieszymy się z tym jakoś szczególnie, trupem mocniej powiało jedynie z Surmali, w której do urn dotarło zaledwie trzech obywateli. Nie wiem, czy taka frekwencja cieszy Księcia Kalickiego. Ucieszył się za to Książę Jazłowiecki (ten od “anonimowych” wierszyków, w których nazywa ludzi głupkami, jeśli ktoś nie kojarzy): w jego prowincji zagłosowało aż osiem osób – tyle samo, co w Furlandii i w Weblandzie, a nieco mniej niż w Morlandzie (czyli w sumie tylko w Surmali zagłosowało mniej osób), jednak jako że Luindor w ogóle ma mało mieszkańców, procentowo wyszła dość wysoka frekwencja – co dr Jazłowiecki uznał za swoją zasługę i swój sukces. Grunt to umieć znaleźć w życiu odrobinę radości.
Idźmy więc za przykładem Księcia Jazłowieckiego i spróbujmy w tej pryzmie nawozu, o której pisałem powyżej, znaleźć jeśli nie perły, to chociaż kolorowe szkiełka, które moglibyśmy wymienić na kobiety z Okoczii. Przede wszystkim: w ławach Izby Poselskiej XI kadencji zasiądą głównie ludzie stosunkowo młodzi, znakomita większość z nich do tej pory nie miała okazji skompromitować się zupełnie w roli posła. Z wielką radością odnalazłem na liście nazwiska redakcyjnych kolegów. Cieszy również sukces Stronnictwa Federalnego. Nawet nie dlatego, żebym spodziewał się iż nagle olśnią nas aktywnością i zasypią ciekawymi pomysłami, ale po prostu miło jest mieć świadomość, że w Izbie Poselskiej znalazło się parę osób przyzwoitych i zrównoważonych, na dodatek prawdziwych demokratów, zdolnych w razie czego prace Izby stabilizować. Cieszy wreszcie zasłużona klęska Partii Szachów i Pionków, której rozmiarów nie przewidywali najwięksi optymiści, a która może być sygnałem iż jednak jest jakaś granica tolerancji wyborców na cwaniactwo, nepotyzm, arogancję i zwykłą głupotę (doprawdy nie wiem czego szuka kolega Rednacz w partii, której przewodzi kryminalista).
Główną nagrodę zgarnęła jednak Platforma Obywatelska KD, obsadzając swoimi ludźmi równo połowę miejsc w Izbie. Nie jest to wprawdzie większość, ale raczej mało realny jest scenariusz, w którym SF i PSiP wystąpią wspólnie w jakiejś kwestii (nie mówiąc już o koalicji). W związku z tym w najbliższych tygodniach posłowie POKD mogą czuć się dość komfortowo. Czy ten fakt powinien cieszyć? Kiedy spojrzeć głebiej, poza metkę “by POKD”, na nazwiska konkretnych posłów – można mieć nadzieję, że odpowiedź będzie twierdząca. Może nie tyle nadziei, żeby od razu krzyczeć z radości, ale w sam raz, by nie palnąć sobie w łeb. Dobre i tyle.
Nawet jeśli nie będzie gorzej, to raczej nie ma również widoków na to, żeby było lepiej. Rząd dalej będzie opierał się na ludziach z POKD – raczej nie przepracowujących się, mało aktywnych i niespecjalnie pomysłowych, na dodatek fatalnie komunikujących się ze społeczeństwem i posiadających dość luźny stosunek do programu swojej partii. Jeśli poważnie myślimy o rozwijaniu Dreamlandu – na Rząd raczej nie ma co się oglądać. Można jednak mieć nadzieję, że Buurenowie okrzepną nieco na samodzielnie wywalczonych stanowiskach i poczują się pewniej, wtedy nie będą już czuli potrzeby oglądania się na protekcję familii d’Archien i znów zaczną myśleć nieco jaśniej i bardziej samodzielnie, co byłoby z pewnością z korzyścią dla Dreamlandu (choć z drugiej strony diabli wiedzą, co im przyjdzie do głowy w związku z tym… nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z człowiekiem, którego do dziś boli przemianowanie stolicy Furlandii na Buuren Książęce).
Tym, co jednak martwi mnie najbardziej jest brak osobowości, śmiałego pomysłu, jaja. Żadna z partii, które weszły do IP nie przedstawiła tak naprawdę konkretnego pomysłu na Dreamland: każda po prostu zarzeka się, że dzięki niej będzie lepiej. To już ustaliliśmy – nie będzie lepiej. SF i PSiP nic nie zdziałają, bo wprowadziły do IP po dwóch posłów zaledwie, a POKD najwyraźniej nie bardzo wie co ze sobą (i z Dreamlandem) zrobić. Nie przewiduję więc w tym odcinku jakichś wielkich tragedii. Myślę raczej, że czeka nas kilka miesięcy kosmicznej nudy. Oczywiście – jeśli sami nie zorganizujemy jakiejś rozróby.
[...] Original post by Marcus Estreicher [...]